poniedziałek, 20 lutego 2017

#81: Czarna loteria


Tess Gerritsen | Wydawnictwo: HarpenCollins Polska | 288 stron | thriller, kryminał
★★★★★

Ponoć ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W moim przypadku to powiedzenie ma nieco inne znaczenie. Moja "ciekawość" to gwarancja poznania kolejnego dobrego autora, po którego książki będę sięgać w przyszłości. Jeśli chodzi o Tess Gerritsen, tę panią już trochę znam, nie powiem jednak, że to długa relacja, bo zaledwie kilkumiesięczna. Jak się okazuje, to wystarcza, by zakochać się w czyimś piórze. Po "Czarną loterię" sięgnęłam spontanicznie - siostra wybrała się do biblioteki i wróciła z nowym nabytkiem. Obie stwierdziłyśmy, że ja pierwsza przeczytam ten tytuł, gdyż zrobię to szybciej. Dzięki temu spojrzałam na Panią Gerritsen z innej perspektywy. Co zaobserwowałam?

Doktor Kate Chesne ma przeprowadzić prostą operację wycięcia woreczka żółciowego u jednej z pielęgniarek pracujących w tym samym szpitalu. Wszystko jednak idzie nie tak jak trzeba. Serce pacjentki nagle przestaje pracować, a pani anestezjolog zostaje posądzona o błąd w sztuce lekarskiej. Zrozpaczona rodzina zmarłej za wszelką cenę próbuje ukarać kobietę. Wynajmują adwokata Davida Ransoma, znanego z tego, że wygrywa wszystkie sprawy, do których dojdzie. Mężczyzna wierzy w winę Kate. Kiedy jednak w niewyjaśnionych okolicznościach ginie kolejna pielęgniarka, David nie jest już takie pewien, co ma o tym myśleć. Postanawia dać szansę lekarce i razem z nią rozpoczyna śledztwo, mające na celu oczyszczenie kobiety z zarzutów. Po drodze napotykają problemy, a także troskę o siebie oraz... miłość?


- Mamo, to nie są kije, tylko miecze – pouczył ją. – Do zabijania potworów.
- Potworów? Skarbie, tyle razi ci mówiłam, że potwory nie istnieją.
- Właśnie że istnieją!
- Zapomniałeś, że tata zamknął je w więzieniu?
- Ale nie wszystkie!

Na samym początku czytania trochę się przestraszyłam i im dalej wkraczałam w tę historię, moje obawy wcale nie malały. Wręcz przeciwnie - stopniowo wzrastały. Czułam niepewność i niepokój, bo to nie była już ta sama Tess, co w "Chirurgu" czy "Mumii". Nowa Tess była dla mnie trochę obca - pisała jak nie ona, konstruowała fabułę jak nie ona, tworzyła bohaterów i ich relacje jak nie ona. Przyznam otwarcie, że najpierw przez długi czas mi się to nie podobało. Potem jednak doszłam do wniosku, że pisarka stara się po prostu dopasować do danej historii - w serii "Rizolli&Isles" całe to bycie "trochę chłodnym" jest po prostu bardzo trafne i doskonale tam pasuje. Jeśliby natomiast zastosować to samo w "Czarnej loterii", pojawiłyby się niefajne zgrzyty. Doceniam jej uniwersalność.

Pióro autorki zmieniło w tej książce swój ton. Ze sztywnego i zdystansowanego stało się jakby mniej oficjalne. Przez słowa przebiło się ciepło i rozlało na kartach tej powieści. Akcja znacznie zwolniła, nie działo się tak dużo i w tak krótkim czasie, jak w "Chirurgu" czy "Mumii". Były momenty, w których całość dostawała nagłego kopa i zaczynała przyspieszać, ale nie na długo. Spodobało mi się to, bo odnalazłam chwilę wytchnienia i czas, w którym nie przerywając czytania mogłam trochę pomyśleć nad wytypowaniem mordercy, a za moment znów dać się porwać fabule.


- Nie rozumiem, jak można dzień w dzień patrzeć na cmentarz.
- Mnie to nie przeszkadza – odparła. – Kiedy wyglądam przez okno, przypominają mi
się starzy przyjaciele. Pani Goto, która leży pod żywopłotem, Pan Carvalho
pochowany pod złotokapem. A na górce jest nasz Noah. Dla mnie
oni wszyscy po prostu śpią.

Tess Gerritsen nieźle się mną pobawiła. Przez dłuższą część książki siedziałam zadowolona, że udało mi się rozszyfrować tożsamość sprawcy. Przywdziałam kpiący uśmiech i co jakiś czas mówiłam "banał", kiwając głową. Kiedy nadszedł moment ostatecznego rozrachunku i wyjaśnienia wszystkiego, osłupiałam.  Każdy trop, którym szłam, okazał się drogą, która oddalała mnie od rozwiązania. Wiecie co? Chyba nie nadaję się na policjanta. Zakończenie wyjaśnia wszystkie wątki. Mam przeczucie, że możecie być równie zaskoczeni tym co tam zastaniecie, jak ja.

Ogromnie przypadło mi do gustu to, jak Tess przedstawiła głównych bohaterów. Dała sobie spokój z kolejnym pokoleniem stereotypowych super-detektywów. Zrobiła to inaczej, na zasadzie kontrastu - wybrała prawnika i lekarkę. Ubrała ich w pancerz z twardej psychiki i wysłała w poszukiwaniu mordercy. Poznajemy wytrwałą, nieugiętą, zdeterminowaną, ale bojącą się uczuć doktor Kate oraz Davida naznaczonego piętnem, doskonałego adwokata i prawnika, którego życiowym celem jest wymierzanie sprawiedliwości na sali sądowej.


- Proszę, proszę, kolega Ransom! – mruknął Pokie. – Człowiek rzuca sieci i patrzcie,
kto w nie wpada.
- Właśnie. – David wyszarpnął się policjantom. – Nie ta ryba co trzeba.

Ich relacja jest dosyć burzliwa i przechodzi przemiany: najpierw się nie lubią, potem się sobą fascynują, a na końcu kochają. I tym właśnie jestem zawiedziona - wątkiem miłosnym. Przede wszystkim za przewidywalność i ciągłe podchody, a także wmawianie, że nie jest się zdolnym do miłości. Nikt nie lubi tego słuchać na okrągło. Nie mam nic przeciwko elementom romansu w kryminale, pod warunkiem, że nie przyćmiewa on fabuły. W tej książce zdarzały się takie momenty, że nasz rycerz na białym koniu i dama w opałach wysuwali się na pierwszy plan. Od początku wiedziałam, że między Davidem i Kate będzie coś więcej, nie sądziłam jednak, że para ta zacznie się zachowywać jak dwójka nastolatków. Przeszkadzało mi to. Na szczęście to chyba jedyna wada.

Jest to kolejny kryminał, który przeczytałam - lekki, przyjemny, momentami nawet zabawny, szybko się go czyta. Ja "Czarną loterię" skończyłam w dwa dni. A Wy kiedy zaczniecie lekturę?

+ 2,4 cm do: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu;

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Zostaw ślad swojej obecności :)