piątek, 30 grudnia 2016

Przegląd filmowy #3: frakcje, stare taśmy i magiczna szafa

Cześć :)
Kurczę, czemu ten czas tak szybko leci? Dopiero co pisałam podsumowanie maja, a za dwa dni będę musiała zebrać wszystkie przeczytane książki z grudnia. Wam też tak szybko to zleciało? Cały ten rok? W tym miesiącu obejrzałam całkiem sporo, jak na mnie, filmów - 6, prawie 7 (6 i pół właściwie). Praktycznie wszystkie produkcje mnie zadowoliły. 
Musicie wiedzieć, na jakiej zasadzie działają te moje Przeglądy. Otóż mam sporo obejrzanych filmów na swoim koncie i co miesiąc wybieram sześć, o których chcę szczególnie powiedzieć. Niektóre obejrzałam tydzień temu, a inne rok! Mniej więcej z każdego piszę podsumowanie, które serwuję wam. I tak to właśnie wygląda :P


Zanim się pojawiłeś, reż. Thea Sharrock, 2016, dramat
★★★★★★★★

"Dziewczynę z małego miasteczka zaczyna łączyć więź ze sparaliżowanym mężczyzną, którym się opiekuje."

Pewien czas temu w książkowej blogosferze szumiało o pierwowzorze tego filmu. Zapoznałam się z wersją papierową i absolutnie pokochałam przedstawioną tam historię całym swym serduszkiem. Przyszedł czas na film, który na tle książki wypada odrobinkę gorzej. Wiadomo, książkoholik to nigdy nie stanie za filmem :D "Zanim się pojawiłeś" jest niebanalną opowieścią miłosną, błyszczącą i emanującą ciepłem, ale i goryczą w wielu momentach. Szczęście miesza się ze słonymi łzami, a śledzący historię nie może oderwać od niej oczu. Aktorka odgrywająca główną rolę Louisy Clark spisała się na medal. Lou bowiem wyszła tak autentycznie, z tymi jej rajstopkami, poczuciem humoru i niesfornymi brwiami. Myślę, że wielu osobom "Zanim się pojawiłeś" przypadnie do gust". To produkcja mówiąca o tym, jak przystojny, bogaty i pełen życia mężczyzna w ułamku sekundy traci to, co najważniejsze, a pewna pilnie potrzebująca pracy osoba postanawia się nim zająć. Klimatyczna i magiczna. Można by każdą klatkę filmu oprawić w ramkę jak zdjęcie. Zabrakło mi jednak lepiej ujętego charakterystycznego humoru z książki.



Lew, czarownica i stara szafa, reż. Andrew Adamson, 2005, familijny / przygodowy
★★★★★

"Podczas II wojny światowej czwórka rodzeństwa zamieszkuje na wsi w domu ekscentrycznego profesora. Dzieci odkrywają przejście przez szafę do magicznej krainy zwanej Narnią."

Bardzo przyjemna, lekka i radosna produkcja. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że w niektórych momentach film spodobał mi się bardziej od książki, gdyż wypadł nader interesująco. Reżyser zachował niemal 90% wszystkich wątków, niektóre jednak rozwinął po swojemu, ale to prawdopodobnie najwierniejsza kopia spośród wszystkich powieści, które czytałam, a potem ich ekranizacji, które obejrzałam. W sam raz dla młodszych odbiorców, sądzę jednak, że i tym starszym pierwszy film z serii "Opowieści z Narnii" przypadnie do gustu. To trochę bajka, utrzymana w typowo baśniowych klimatach. Łagodna, pełna przygód, akcja pędzi do przodu, a odwzorowany z książki świat cieszy oczy. Magiczne stworzenia, niezwykły klimat i imponująca bitwa na końcu przykuwają uwagę.



Niezgodna, reż. Neil Burger, 2014, akcja
★★★★★

"Przyszłość, w której społeczność składa się z pięciu frakcji na podstawie cech charakteru. Nastoletnia Tris zostaje przydzielona do kilku partii i uznana za zagrożenie."

Widziałam ten film już mnóstwo razy, czytałam również książkę napisaną przez Veronicę Roth i powiem szczerze, że adaptacja nie jest lepsza od pierwowzoru, nawet jeśli dobrze oddaje treść książki. Wiem, że jest mnóstwo przeciwników trylogii "Niezgodna", ale do mnie akurat przemawia opowiedziana historia, wykreowane postacie i stworzone nowe uniwersum. Czasem myślę, że ten specyficzny świat lepiej wypada w filmie, gdzie scenarzyści oraz ludzie od efektów specjalnych mocno się przyłożyli do swej pracy.  Lubię co jakiś czas włączać sobie "Niezgodną" i przewijać do moich ulubionych momentów, by przypominać sobie zarówno wydarzenia z książki i filmu. Uważam, że reżyser oraz obsada dobrze się spisali, chociaż dwóch lub trzech aktorów spokojnie można było zastąpić jakimiś innymi osobami. Jest to stosunkowo nowy film, który polecam. I wiem, że oceniłabym go na dziesięć gwiazdek, gdybym nie znała treści książki.



Sinister, reż. Scott Derrickson, 2012, horror
★★★★

"Autor powieści kryminalnych po przeprowadzce znajduje na strychu projektor ze starymi taśmami. Oglądając materiały, odkrywa szokującą prawdę o nowym domu i jego poprzednich mieszkańcach."

Pewnego wieczoru poszukiwałam jakiegoś wartego obejrzenia, strasznego horroru, logicznego i spójnego pod każdym możliwym względem, którego bohaterami nie są głupie wrzeszczące blondynki. Mnóstwo ludzi polecało "Sinister", który już od pierwszych klatek zapowiadał się dobrze, jednak po jakichś dwudziestu minutach zaczęło wiać nudą. Sam pomysł na historię jest bardzo dobry, mogłabym powiedzieć, że nawet genialny i wysoce oryginalny (choć po całkowitym obejrzeniu przypomina mi minimalnie "The Ring") ale akcja toczy się zbyt wolno. Przydałby się element popędzający fabułę do przodu, a gdyby już się pojawił, wtedy film zyskałby moje ogromne uznanie. Choć ostatnie minuty zwyczajnie szokują bądź budzą niesmak, może też odrobinę przerażają, wciąż nie są to tego rodzaju odczucia, które powinny towarzyszyć mi przy oglądaniu horroru. Polecicie jakiś, który jest naprawdę warty obejrzenia?



Błękitny dym, reż. David Carson, 2007, melodramat / thriller
★★★★★

"Swoją karierę Catarrina Hale związała z pracą w policji w Baltimore. Jest tam detektywem specjalizującym się w sprawach o podpalenie. Jej zafascynowanie pożarami związane jest z pożarem restauracji jej rodziców, gdy miała 11 lat. Teraz zastanawia się nad motywami jakimi kierują się podapalcze. Jeśli zaś chodzi o życie prywatne to, nie ma szczęścia - jej sympatie giną w dziwnych okolicznościach. Podobnie jest, gdy zaczyna spotykać się z Bo Goodnight'em. Ktoś nęka ją anonimowymi telefonami z pogróżkami, że każdy kto się do niej zbliży, zginie w płomieniach. Życiu Bo grozi śmiertelne niebezpieczeństwo."

Obejrzałam ten film kiedyś po południu, kiedy wróciłam zmęczona ze szkoły i musiałam się odstresować i zregenerować. W telewizji nie leciało nic ciekawszego, same "Szkoły" i "Trudne Sprawy", a tego oglądać nie chciałam. Powiem szczerze, że "Błękitny dym" jest w porządku, ale bez większych rewelacji. Historia zwyczajna, aktorzy mogliby grać lepiej. Nic nie porusza ani nie doprowadza do łez. To przeciętna telewizyjna produkcja.



Love, Rosie, reż. Christian Ditter, 2014, komedia romantyczna
★★★★★★★

"Rosie i Alex znają się od dzieciństwa. Gdy chłopak wyjeżdża z Dublina na studia do Ameryki, ich wieloletnią przyjaźń czekają ciężkie chwile."

To najbardziej wzruszający i smutny, ale jednocześnie zabawny, ciepły i pogodny film, jaki kiedykolwiek widziałam. No istne arcydzieło po prosu! Siedziałam o drugiej w nocy i ryczałam nad ekranem komputera, śmiejąc się co chwilę bądź ocierając nos. Wprawdzie nie czytałam książki, która była pierwsza, ale sama nie wiem, czy chcę ją czytać. Mam już wykreowanym obraz i opinię o tej historii, a że w książce jest ona przedstawiona w dosyć niekonwencjonalny sposób - w formie listów, może nie spodobać mi się tak samo. A tego bym nie chciała. Polecamy całym sercem! Sama "Love, Rosie" oglądałam już co najmniej z osiem razy w ciągu dwóch lat. Genialna, urocza... i prawdziwa. O miłości - poruszy nawet najbardziej zgorzkniałych. Do tego Sam Claflin i Lilly Collins (<3) i wszelkie słowa już zbędne.

9 komentarzy :

  1. Sinistera widziałam jakiś rok temu i dalej się go boję. Niezgodna ciągle przede mną, ale czytałam książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jak widać nie przeraziła ta historia, ale nie obejrzałam jeszcze drugiej części, a może ta wypadnie znacznie lepiej :)

      Usuń
  2. Oglądałam dwa przedstawione przez Ciebie filmy: "Lwa, czarownicę i starą szafę", który uwielbiam (ba, podobał mi się nawet bardziej od pierwowzoru, który wydawał się być jednak bardziej dziecinny od ekranizacji - nie ma co się jednak dziwić, odbiorcami opowieści o Narnii miały być właśnie dzieci) oraz "Sinister", który nawet mi się podobał, choć faktycznie momentami wiało nudą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę w końcu obejrzeć Zanim się pojawiłeś oraz Love, Rosie. Tylko troszkę się boje, bo w książkowych historiach jestem zakochana i boję się, że filmy mi zaburzą moją miłość. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uważam, że nie zaburzą. Potraktuj je tylko jako miły dodatek, dopełnienie całości :)

      Usuń
  4. Oglądałam Zanim się pojawiłeś i Love, Rosie i oba filmy bardzo przypadły mi do gustu i zdecydowanie sądzę, że są na podobnym poziomie co książki. Fakt, to trochę inne spojrzenia na historię, zwłaszcza przy Love, Rosie, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jedynie przy MBY brakowało mi sceny z labiryntem, no ale nie można mieć wszystkiego. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, scena z labiryntem mogłaby nie być pominięta.

      Usuń
  5. Aaaa obejrzałam prawie wszystkie z tych filmów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystkie z wymienionych filmów obejrzałam :)

    Pozdrawiam Agaa + obserwuje :)
    http://ilovetravelingreadingbooksandfilms.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Zostaw ślad swojej obecności :)