niedziela, 6 listopada 2016

#70: Endgame. Wezwanie


James Frey | Wydawnictwo: SQN | 512 stron | dystopia/antyutopia 
★★★★★

Złocista okładka, dziwny symbol stylizowany na jakiś poważnie wyglądający antyczny znak oraz zapowiedź zupełnie nowej wizji końca świata, na które jest ogromny popyt zarówno w literaturze jak i kinematografii, wzbudziły moje zainteresowanie. W końcu kto nie chciałby przekonać się, co tym razem zaserwował kolejny autor, a właściwie autorzy, bowiem James Frey znalazł sobie partnera do pisania książki - Nilsa Johnsona Sheltona? Na pewno ja! W trakcie lektury dowiedziałam się, że "Endgame" nie jest książką, tylko książką. Mój stopniowo rosnący zapał osiągnął punkt kulminacyjny w momencie, w którym upewniłam się, że pierwszy tom nowej trylogii to początek międzynarodowego projektu, a także konkursu z ogromną pieniężną nagrodą. Jednak chwile potem okazało się, że aby zdobyć górę złota, należy rozwiązać zagadkę. Ukrytą gdzieś w książce. Bardzo trudną. Więc odpuściłam i skupiłam się tylko na lekturze. Jesteście ciekawi, co aż tak niezwykłego ma w sobie "Endgame"?

Nastolatków pochodzących z dwunastu najstarszych plemion zamieszkujących ziemię, od zarania dziejów przygotowywano na Endgame - Grę, zwiastującą koniec świata. Graczy wybierano i szkolono z pokolenia na pokolenie, by niezależnie od sytuacji i momentu życia byli gotowi zawalczyć o najwyższą stawkę - przeżycie całego plemienia. Tylko jedna osoba może wygrać, reszta umiera. Młodzi muszą zmierzyć się z własnymi słabościami, przeciwnościami losu i rywalami, którzy będą chcieli brutalnymi sposobami wykończyć swoich przeciwników. Czas wyruszyć na poszukiwanie Klucza Ziemi.


 Świat i życie są dla Ciebie, są Twoje. Przyszłość nie została spisana,
możesz ją kształtować.

Już na samym początku rzuciło mi się w oczy, jak nietypowa pod względem graficznym, ale nie tylko, jest "Endgame. Wezwanie". Po pierwsze, w tekście brakuje wcięć, mówiących o akapitach, a także wyjustowania, przez co komfort czytania jest nieco utrudniony. Idzie się jednak przyzwyczaić i po czterdziestu - pięćdziesięciu stronach nie czuć wielkiej różnicy. Po pewnym czasie zabieg ten staje się naprawdę intrygujący. Drugą rzeczą jest język, którym posługują się autorzy - zdania i opisy są bardzo oszczędne, mało rozbudowane, rzeczowe. Niektórym czytelnikom może nie przypaść to do gustu, wręcz ich irytować bądź bulwersować, ale przyznam to otwarcie - ta książka jest specyficzna. Do tego narratorem każdego rozdziału jest inna osoba, a to może niektórych zmylić i pogubić. Z drugiej jednak strony, przybliża to psychiki poszczególnych bohaterów, a także pomaga w scharakteryzowaniu postaci.

Bohaterów jest tutaj sporo i ciężko dokładnie opisać każdego z nich, dlatego nie będę tego robiła. Skupię się po prostu na tym, jak różnorodne osoby zostały stworzone przez autorów. Od razu zaznaczę, że znaczna większość nie zdobyła mojej sympatii, często liczyłam na ich jak najszybszą śmierć (w tym momencie ujawnia się moja natura mordercy :P). Niekiedy irytowali mnie bądź złościli swą obecnością do tego stopnia, że wymyślałam coraz to okrutniejsze sposoby śmierci, aż w pewnym momencie zaczęłam przerażać samą siebie. Postacie w wieku od trzynastu do dziewiętnastu lat ukazane były na przykład jako: niema dziewczyna, prawdziwy geniusz komputerowy, idealna dla rodziców, idealna dla nauczyli, idealna dla świata nastolatka, prawdziwy sadysta, którego pomysły budziły wielki niepokój czy młodziutka żona i matka. Pozory często myliły i ci, którzy wydawali się najmniejszym zagrożeniem, okazywali się najcięższym orzechem do zgryzienia. Z chęcią przeczytam drugi tom, ponieważ w nim krąg konkurentów się zawęża, w związku z czym lepiej można przyjrzeć się cechom i elementom kierującym daną osobą.


Jesteśmy ludźmi. Mamy jedno życie i powinno się je szanować. Dlatego zabijanie
musi być przemyślaną, świadomą decyzją.

Straszne jest to, ile krwi przelało się w tej powieści. Autorzy zaczęli z rozmachem i już w pierwszym rozdziale cała fala trupów przyozdobiła swymi martwymi ciałami ziemię. Później było tylko gorzej. Nie oszczędzali Graczy, wykazując się zmyślnymi, brutalnymi, bezwzględnymi i przerażającymi sposobami na kończenie ludzkich żyć. Wszyscy bohaterowie kierowali się zasadą "jeśli ja kogoś nie zabiję, ten ktoś zabije mnie", więc jesteście chyba w stanie wyobrazić sobie, jak się sprawy miały. Zaskoczę was, pomimo takiej ilości przemocy nie odczułam jakichś szczególnych emocji, krwawa jatka nie buduje bowiem odpowiedniego klimatu, który stanowi polewę tortu. Co z tego, że co drugą stronę będę trzęsła portkami, skoro i tak później nie dane mi będzie zasmakowanie szczęścia bohaterów, smutku czy ich miłości? Ta większość, na którą liczyłam najbardziej, wypadła papierowo.

Doczytałam się gdzieś na Internecie stwierdzenia, że ta książka jest nieudaną podróbą "Igrzysk śmierci" autorstwa Suzanne Collins. Ja tak nie uważam. Może i obydwie historie oparte są na podobnych motywach, jednak ich rozwinięcia idą w zupełnie innych kierunkach. "Igrzyska śmierci" zawierają głębszy sens, a opisana tam historia jest fenomenalna pod każdym względem, natomiast "Endgame" to dobrze rokująca opowieść o zupełnie innym końcu świata, niż dotychczas sobie wyobrażaliśmy.


 Ziemianie to mrówki, które niszczą wszystko, co staje na ich drodze,
zabijają się wzajemnie bez powodu i gapią zbyt długo w swoje odbicia w lustrach.

Wydarzenia gnają tak prędko, że jedynymi śladami, mówiącymi o ich obecności, są wzniesione wysoko tumany kurzu. Zapewnia to idealną rozrywkę dla spragnionych mocniejszych wrażeń. Na koniec ponarzekam jeszcze o tym, iż "Endgame. Wezwanie" jest tego typu historią, która nie wnosi do życia kompletnie nic i zapomina się ją po jakimś czasie. Idealna do poczytania w wolnej chwili, jeśli nie liczy się na coś głębszego.

W serii Endgame:
Wezwanie | Klucz niebios | Reguły gry

 Książka bierze udział w wyzwaniu 30 książek w ciągu wakacji;

9 komentarzy :

  1. Ja też napotkałam wiele opinii, że ta historia jest podobna do "Igrzysk Śmierci", ale może rzeczywiście "Igrzyska" niosą po prostu głębsze przesłanie. "Endgame" wydaje mi się powieścią bardziej rozrywkową, ale jednak przyznaję, że już od dłuższego czasu ciekawi mnie ta książka. Może poniekąd jest to spowodowane tą intrygującą okładką :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Opis brzmi ciekawie, ale obawiam się tej ilości krwi w książce. No i szkoda, że nie zapada w pamięć. ;/
    Pozdrawiam,
    Amanda Says

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak dla mnie książka była naprawdę genialna, choć fakt, duża ilość bohaterów mogła sprawić, że czytelnik czuł się lekko zdezorientowany. Nie zmienia to jednak faktu, że styl pisania, rozłożenie akcji i sam pomysł, który wbrew wszystkiemu jest bardzo oryginalny i nowatorski, stawiają "Endgame" na wysokim miejscu w moich ulubionych pozycjach :D
    Buziaki kochana!
    BOOKBLOG

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam tę serię - trochę za brutalność opisów, trochę za złożoność bohaterów i akcji. Podziwiam autorów, że potrafili złożyć to wszystko razem, tak by powstała spójna i godna przeczytania całość. Mi tam w pamięć bardzo zapadła, ale to chyba zależy od gustów. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie od tego to właśnie zależy :)

      Usuń
  5. Słyszałam o tej książce kilka razy i nie zapadła mi ona w pamięć. Jednak po Twojej recenzji myślę, że może ją przeczytam. Choć jej brutalność troszkę mnie odstrasza.

    Biblioteka książkowych recenzji

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię dystopie, więc nie mówię nie ;)
    bookwithhottea.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Faktycznie, książka jest krwawa, ale bardzo mi się to podobało ;P I ja właśnie najbardziej polubiłam tych z założenia negatywnych bohaterów, tych sadystów (no może wyłączając Baitsakhana). Jednak An Liu i Maccabee są świetni - chociaż o nich trochę więcej jest w drugim tomie, który według mnie jest lepszy od pierwszego ;)
    Pozdrawiam cieplutko!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Zostaw ślad swojej obecności :)