środa, 5 października 2016

#65: 450 stron

Autor: Patrycja Gryciuk
Seria: -
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 12 sierpnia 2015
Ilość stron: 416
Kategoria: kryminał
Ocena: 5/10
Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam, ile chcę;
+ 2,6 cm do: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu;

Opis: Ktoś musi zginąć, żeby o tej książce zrobiło się głośno…

W świecie w którym wszystko jest na sprzedaż, skrajne i drastyczne posunięcia marketingowe nie dziwią już nikogo. Ale czy ktokolwiek zdecydowałby się na zabójstwo, aby wypromować nową książkę?

Wiktoria Moreau to królowa kryminału, która w przeddzień wyczekiwanej przez miliony czytelników premiery najnowszej książki, zostaje posądzona o zniesławienie. Zamiast cieszyć się ze spotkań z wielbicielami, uczestniczy w procesie sądowym i policyjnym śledztwie w sprawie serii morderstw popełnianych według fabuły powieści jednego z jej największych konkurentów.

Zapraszam do rozwinięcia!

Jeśli wytrwale śledzicie mojego bloga i czytacie na nim posty, w których odpowiadam na pytania od ludzi, pewnie nie zadziwię Was obwieszczeniem, iż raczej nie czytam polskiej literatury. Przez jakiś czas upierałam się, że czytam, że pochłaniam takie książki w ogromnych ilościach, ale doszłam do wniosku, że nie ma sensu oszukiwać i Was, i siebie. Uprzedzenia okazały się silniejsze od wszystkiego innego, głęboko zakorzenione w mózgu już na zawsze w nim pozostaną. Pozbycie się ich jest po prostu niemożliwe. Jakiś czas temu coś mnie jednak tknęło. Drugi raz powędrowałam do biblioteczki mojej siostry i odnalazłam w niej "450 stron" Patrycji Gryciuk – doskonale zapowiadający się kryminał dla kobiet.

Wiktoria Moreau jest autorką bestsellerowych kryminałów. Kiedy jej najnowsza książka pojawia się przedsprzedaży, miliony fanów dokonuje zakupu. Kobieta cieszy się kolejnym odniesionym sukcesem, ale nie na długo... Pewnego dnia fikcyjne wydarzenia stają się prawdą - dochodzi do morderstw, jakby skopiowanych z innego, niedawno wydanego kryminału, którego autor za bardzo wzorował się na Wiktorii. Kobieta musi zmierzyć się z konkurencją i oskarżeniami o plagiat, stawić czoła firmie farmaceutycznej, groźbom procesu za zniesławienie, wycofaniem nowej powieści, zawodem i złością czytelników oraz niezwykle przystojnym i sporo młodszym od niej aktorem Mackenziem Stanfordem.


Oj, nieładnie tak pić życie z gwinta. Nieładnie. Nie przystoi, pomyślała i przechyliła
flaszkę życia do góry. Do dna.

Moje sceptyczne nastawienie do tej pozycji okazało się jak najbardziej słuszne, bowiem już po pierwszych kilkunastu stronach nadzieja na zetknięcie się z naprawdę dobrym kryminałem przepadła bezpowrotnie. "450 stron" ma sporo minusów, lecz tylko niektóre z nich udaje się zastąpić odpowiednimi plusami. A to szkoda, bo słyszałam rożne opinie, jednak przeważały w nich te pozytywne. Ale po kolei. Skrytykować muszę zbyt małą ilość kryminału w kryminale. Przez większą część powieści historia obracała się wokół perypetii sercowych Wiktorii Moreau i McKenziego Stanforda, przez co zbrodnię, śledztwo i poczynania funkcjonariuszy (te najważniejsze) zrzucono na drugi plan i uczyniono z nich zaledwie nikłe tło dla wydarzeń. Ubolewam, że Patrycja Gryciuk nie spróbowała przedstawić tej powieści z innej perspektywy, a mianowicie z punktu widzenia buściastej pani komisarz Ortegi, która wystąpiła w zaledwie kilku rozdziałach. Och, ale co to były za rozdziały! Z wielką chęcią przeczytałabym jakąś książkę tej pisarki z panią komisarz w roli głównej.

Obiecano mi zbrodnię z krwi i kości, tymczasem otrzymałam momentami niejasną i kiepsko zakończoną sprawę z elementami kryminału. "Elementy" to kluczowe słowo, które należy podkreślić, dlaczego? Może i były odcięte paluchy wysłane w prezencie, odrobina krwi i specyficzne okoliczności śmierci ludzi, ale zakończenie jest tak niesatysfakcjonujące i psujące wszystko, że aż głowa boli. Patrycja Gryciuk zawaliła po całości przedstawiając nam za mordercę człowieka, na którego, po pierwsze: nie wskazywały żadne dowody, a po drugie: na przestrzeni ponad czterystu stron odezwał się ze dwa razy. Spodziewałam się kogoś, kto chociaż został wprowadzony trochę wcześniej niż jakieś dziesięć minut przed finałem. Coby nie było, niespodziewane zwroty akcji są świetne, ale czasami trzeba jeszcze umieć je poprowadzić, inaczej powstaje jedna wielka plątanina zbędnych słów i wydarzeń, które tylko zniechęcają czytelnika.


Przestań przejmować się tym, co myślą o Tobie inni, i zacznij wreszcie żyć życiem,
na które masz ochotę. Życie ma się tylko jedno. Nawet jak się ktoś nazywa Moreau.

Spodobał mi się całkiem oryginalny pomysł, niestety z nie w pełni wykorzystanym potencjałem. Przyznam się również, że czytanie zleciało mi bardzo szybko i lekko, a króciutkie rozdziały uciekały jeden za drugim. Znacie pewnie to hasło: "jeszcze jeden rozdział i idę spać"? W moim przypadku wyglądało to mniej więcej tak: "jeszcze jeden rozdział i kończę czytanie na dziś". To pewnie nie pasuje do wcześniejszych słów wyrażających zawód, ale tak właśnie było. Pokusiłabym się o wycięcie kilku zbędnych scen, psujących niektóre momenty. Autorka zaserwowała także sporą porcję wiedzy w czystej postaci. Ukazała pisarstwo wraz z trudami wydawania książki i zdobycia rozgłosu. Opisała krętą drogę książki - od pomysłu do finalnego egzemplarza znajdującego się w księgarni.

Wątek miłosny momentami był tandetny i oklepany. A do tego nie potrafiłam wyobrazić sobie Wiktorii i McKenziego obok siebie. Wszystko stało się w ich relacji tak nagle, zupełnie jakbym przeoczyła jakiś istotny element rozwoju i przez to nie zauważyła, kiedy miłość miała swój początek. Do tego jeszcze główna bohaterka była starsza od zalotnika o dobre dziesięć lat, a zachowywała się co najmniej jak rozkapryszona, rozchichotana i niedojrzała nastolatka, a on jak poważny i dorosły facet. Aktualnie żyjemy w czasach, kiedy taka różnica wiekowa nie powinna dziwić, ale mimo wszystko doprowadzało mnie to momentami do głośnego zgrzytania zębami. Jestem osobą tolerancyjną i uważam, że wszyscy jesteśmy wolni, równi, mamy prawo kochać kogo chcemy. W życiu codziennym mi to nie przeszkadza, jednak w tym wypadku, kiedy Patrycja Gryciuk przedstawiła w dosyć specyficzny sposób relację dwojga ludzi, irytowałam się dosyć często. 



To miłość jest najważniejsza w życiu. To o nią wszyscy ciągle walczymy. Staramy się,
próbujemy od nowa i od nowa raz jeszcze. Tak naprawdę tylko ona się liczy,
tylko ona pozostaje i ma znaczenie. Dzięki niej znosimy wszystko.
Dzięki niej czujemy, że żyjemy.


Bohaterowie powinni zostać bardziej dopieszczeni, ponieważ nie dostrzegłam w całej obsadzie nikogo charakternego, kto zapadłby mi w pamięć na długo. Główna bohaterka nie zachowywała się tak jak powinna w swoim wieku. Nie odbierzcie źle moich słów, nie uśmiercam jej, robiąc z trzydziestoparoletniej kobiety schorowanej staruszki, niemogącej chodzić o własnych siłach. Sądzę jednak, że Wiktoria powinna być odrobinę bardziej poważną postacią. McKenzie to chłopak, jakiego możemy spotkać dosłownie w co drugiej powieści, a pozostałe postacie poboczne (oprócz biuściastej pani komisarz) to w sumie nikt konkretny, o kim miałabym coś do powiedzenia.

Polecam tę książkę osobom, które dopiero co wkraczają na ścieżkę obfitujących w krew kryminałów i chcą stopniowo przyzwyczajać się do coraz "mocniejszych" książek. Nie jest zupełnie zła, jednak sam fakt, że zbrodnia stanowiła jedynie tło perypetii miłosnych głównej bohaterki, poważnie zniechęca. Nie polecam, ale też nie odradzam, być może Wy znajdziecie solidniejsze powody do pokochania "450 stron".

6 komentarzy :

  1. Jestem prawie tego samego zdania, co ty. Tylko, że ja nie czytam książek, gdzie akcja toczy się w Polsce. Natomiast, jeśli napisana jest przez autora polskiego, a dzieje się gdzies indziej, to mi to nie przeszkadza.
    Co do książki - nie czytałam jej i o niej nie słyszałam. No i cóż, raczej po nią nie sięgnę.
    Pozdrawiam
    http://polecam-goodbook.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli taki średniaczek. ;/ Czytałam i całkiem negatywne opinie o tej książce i niestety stwierdzę, że pewnie najlepsza w tej książce to jest ładna okładka. ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak wielkiej tragedii nie ma, ale książka na pewno minęła się z kryminałem.

      Usuń
  3. Ja kocham polską literaturę, ale po te konkretną pozycję nie mam ochoty sięgnąć. W kryminałach nie powinno być wątku miłosnego no! Powinna być krew, mord, śledztwo.
    Jeśli nie lubisz nielogiczności, to nie polecam Mroza, bo możesz sie też rozczarować, przynajmniej Ekspozycją, bo tam... bohater to Rambo - zlało go KBG, policja, został postrzelony, a nic mu to nie przeszkadza...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinno czy nie powinno - to nie mnie oceniać, jednak gdyby autorka umiejętniej poprowadziła ten wątek i nie przysłoniła nim całej książki, oceniłabym tę powieść wyżej. A krew, mord i śledztwo to coś, co w kryminale po prostu znajdować się musi.
      Ojejku, trochę mnie rozbawiłaś :D Powiem Ci, że jednak na Mroza mam ochotę i na pewno przekonam się, czy jest tak jak mówisz, gdyż należę do grona tych osób, które słysząc negatywne opinie są bardziej zafascynowane daną książką :P

      Usuń
  4. Nie znam pióra tej autorki, ale wiem, że napisała dwie powieści i na obie mam chęć. przeraża mnie fakt, że żadnej nie ma w dwóch bibliotekach, do których często chodzę. ;/
    Może kiedyś się doczekam, może.

    Dziękuję za odwiedziny i zapraszam częściej! :)

    OdpowiedzUsuń

Zostaw ślad swojej obecności :)